• Książka telefoniczna

  • Bohaterowie

  • Zapamiętaj




  • Prolog cz.1

  • Prolog cz.2

  • Rozdział pierwszy

  • Rozdział pierwszy

    [środa, 23 grudnia 2009, 23:00]



    Taki prezent gwiazdkowy! ^ ^
    Bez bety!

    ROZDZIAŁ PIERWSZY


    Cathaoir siedział na gzymsie jakiegoś biurowca. Siedział, oplatając ramionami własne nogi i wpatrywał się w dachy niższych budynków, które niknęły w mlecznej mgle. Z nieba nieprzerwanie siąpił deszcz, z każdą minutą przeradzając się w ulewę, która jemu jednak nie przeszkadzała.
    Tak na dobrą sprawę nie wiedział, co robił w tym miejscu. To po prostu był impuls. Czasem, kiedy tak rozmyślał nad samym sobą i własnym życiem, które zmieniło się odkąd został zaadoptowany do Klubu, dochodził do wniosku, że przypominał tą filmową Catwomen. Tyle, że ona trafiła na złych ludzi i tańczyła tak, jak oni jej zagrali. Nie, nie była zła, ale w konsekwencji swoich czynów trafiła do więzienia, od którego on trzymał się jak najdalej mógł. Cynthia nie była w stanie zmusić go nawet do odwiedzenia jednego z więźniów, by wyciągnąć od niego informacje na temat jakiejś zbrodni, której się dopuścił. Twierdziła, że nadawał się do tego zadania, a jednak on miał na ten temat odmienne zdanie. Cóż, Cyjan doskonale wiedziała, kogo przyjmuje do elitarnego grona stowarzyszenia, przez siebie założonego. Każde z nich było cholernie niezależne. No, prawie każde – Reader podporządkowywał się jej całkowicie. I nie miało to znaczenia, czy sprawa dotyczyła wtorkowego obiadu, czy przeprowadzenia jednej z najważniejszych akcji w historii Klubu. Connor po prostu słuchał się jej jak własnej matki. Matki, którą ona bez wątpienia nie była, ba! ona mu jej nawet nigdy nie zastępowała. Bo na matkę się nie nadawała. Ale nie o rodzeństwie Hillbacków mieliśmy rozmawiać…
    Kocur westchnął i przeciągnął się, ziewając dosyć głośno. Był na tyle wysoko, że mógł czuć się całkiem pewnie – nikt nie był w stanie go tu przyuważyć. A nawet, jeżeli by się to komuś udało nie miało to większego znaczenia – w ułamku sekundy zniknąłby z jego pola widzenia…
    Zwinnie podniósł się z pozycji siedzącej i począł spacerować brzegiem gzymsu. Spoglądał przy tym nie przed siebie, a w dół – na mróweczki, które poruszały się dwadzieścia pięter niżej. Uniósł rękę w górę i udał, że łapie jednego z przechodniów w dwa palce. Lubił się tak bawić. Miał poczucie kontroli i władzy, nigdy mu nie danej, a której przecież pragnął każdy nastolatek.
    Skierował szczupłego mężczyznę w bok i nakazał mu wejść do budynku naprzeciwko, w którym mieścił się niewielki bar. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nim Cat uśmiechnął się triumfalnie i zszedł na dach, przebiegając przezeń z ogromną prędkością, po czym zeskoczył z niego po drugiej stronie.
    Leciał w dół niezwykle szybko, choć jego zmysły obierały całą podróż, jak gdyby odbywała się w zwolnionym tempie. Widział najdrobniejsze smugi na szybach, krój sukienki kobiety, siedzącej za biurkiem na piętnastym piętrze; plamę na plecach marynarki starszawego jegomościa na dziewiątym; rozwiązaną sznurówkę sprzątaczki na siódmym; kosmyk włosów, który wymknął się z wytwornego koka jakiejś dyrektorki z czwartego; osad nazębny dzieciaka na drugim, a wreszcie także rysę na tylnych drzwiach budynku, wychodzących na brudne podwórko, na którym stały trzy duże kontenery, wypełnione po brzegi przeróżnymi śmieciami – głównie starymi, niepotrzebnymi papierzyskami, pociętymi na drobne makaroniki przez specjalną maszynę.
    Chłopak uśmiechnął się do siebie z wyraźną satysfakcją, poprawił kołnierzyk dżinsowej kurtki i stanął na dwóch nogach, jak na człowieka przystało, po czym wszedł do środka budynku. Nie raz już to robił. Wszyscy znali go tu jako kuriera, którym, rzecz jasna nie był. Jednakże wciąż zastępował Billy’ego, więc nikogo nie dziwiła jego obecność.
    Uśmiechnął się pogodnie i minął pierwsze stanowisko, znajdujące się najbliżej wyjścia na podwórko, przy którym zawsze, niezmiennie od trzech lat, siedział łysawy mężczyzna ze znaczną nadwagą, małymi, wodnistymi oczkami i wiecznie tłustymi paluchami, ubrudzonymi lukrem z pączków, którymi zapychał się od samego rana, aż po przerwę na lunch.
    — Cześć dzieciaku! — pomachał wesoło w stronę chłopca w kapitańskiej czapeczce na głowie, założonej nieco na bakier i rzucił plik papierów na blat swojego biurka. — Jak ci mija dzionek? Przerwa na papierosa, co? — Mężczyzna zawsze zadawał te same pytania i nigdy nie oczekiwał odpowiedzi na nie.
    Jego tubalny, śpiewny głos niósł się po całym, ogromnym pomieszczeniu, w którym ustawiono chyba ze sto identycznych stanowisk, zajmowanych przez zblazowanych pracowników, otrzymujących pensję niższą od przeciętnej i wiecznie żujących tanią, miętową gumę, lub połykających landrynki na tony, a nie gramy, czy nawet kilogramy.
    Nawet, gdyby Cathaoir pragnął pozostać niezauważonym nie miał na to najmniejszych szans. Czasem zdawało mu się, że mężczyzna robi to specjalnie – zwraca uwagę swoich współpracowników na postać zwykłego kuriera, by nie dać mu w spokoju pożyć. I mimo, iż chłopak nigdy nie odpowiadał na jego słowa, a tylko uśmiechał się uprzejmie ten, za każdym razem, gdy Kot pojawiał się w biurowcu wykrzykiwał te swoje powitania. Od tego momentu młody Daven nie miał już chwili wytchnienia. Jeśli udało mu się dość szybko uciec z budynku mógł liczyć na spokojne popołudnie, jeśli nie – pozostawał tu do wieczora. Tym razem jednak nie miał zamiaru tracić swego czasu.
    Przerzucił swój wysłużony plecak do przodu i otworzył największą kieszeń, wyciągając z niej szarą kopertę. Rzucił przesyłkę na biurko młodej dziewczyny, mrugając do niej porozumiewawczo i ruszył przed siebie, zbliżając się do wyjścia z sali. Po drodze oddał jeszcze dwie mniejsze paczuszki starszej kobiecie i jedną pokaźną paczkę elegancikowi z podkręconym wąsem, po czym z radosnym uśmiechem na twarzy pchnął matowe drzwi, wpadając do przestronnego hallu.
    Tu panował po prostu chaos. Bo o ile ruch można było jeszcze opanować, o tyle chaos po prostu pożerał wszystko wokoło i zamieniał w ruinę. Co właśnie można było zaobserwować w tym przestronnym pomieszczeniu. Przy recepcji zgromadził się cały tłum ludzi, chcących dostać się do dyrektora, bądź któregoś z działów obsługi klienta, znajdującego się w biurowcu. Cat tak na dobrą sprawę nie wiedział, jakie firmy mają siedzibę w tym budynku, jednak nigdy go to nie interesowało – on po prostu wyświadczał przysługę kumplowi, roznosząc za niego przesyłki.
    Pomachał przyjaźnie w stronę młodej recepcjonistki, o długich, rudych włosach i niemal wybiegł na ulicę.

    ***


    Jo wcale nie lubiła swojej pracy. Nie dlatego, że była trudna, czy też zbyt męcząca. Nie, z tej akurat strony wcale nie sprawiała jej problemu. Robota ta zwyczajnie ją nudziła. A nuda dla osoby takiej, jak Josephine mogła być po prostu tragiczna. Potrafiła doprowadzić na skraj załamania psychicznego. I mimo, iż poznawała tu wielu ciekawych ludzi, z którymi zamieniała zazwyczaj przynajmniej kilka słów, nie wysilając się przy tym zbytnio i, co ważniejsze, nie narażając na żadne nieprzyjemne konsekwencje to wciąż czuła, że nie do końca się spełnia. Żyła z akcji do akcji; od napadu do napadu. Od jednego morderstwa do drugiego…
    Poniedziałki były dniami najgorszymi. Najmniej klientów, co wiązało się z niezdrowo małym ruchem, a co za tym idzie słabą płacą. Niby Cyjan i Reader zapewniali im wszystko, czego potrzebowali (nadal nie potrafiła wyciągnąć od nich jakim cudem było ich stać na to wszystko, ale po trzech latach po prostu przyzwyczaiła się do faktu, że wszelakie fundusze na wyżywienie, czy też rachunki biorą się z powietrza…), jednakże Jo zawsze była dosyć ambitną osobą, która wolała czuć choćby minimum niezależności. A Klub tej niezależności jej nie dawał.
    Dziś, jak codziennie od kliku lat stała za barem i wycierała szklanki, które tak naprawdę już od dawna były czyste. Robiła to, bo nie miała nic innego do roboty. Co jakiś czas spoglądała z nadzieją w stronę drzwi, które jednak wciąż pozostawały zamknięte mimo, iż na dworze szalała potworna wichura, a deszcz lał, jak z cebra. Ludzie biegali, z głowami nakrytymi gazetami, kurtkami, lub po prostu mieli na nich czapki, czy też kaptury. Najwięcej jednak było takich, którzy szli spokojnie i całkiem wolno pomiędzy pozostałymi z parasolami, rozłożonymi nad swymi czaszkami i nie przejmowali się ulewnym deszczem.
    Josephine westchnęła. Chciała, żeby wreszcie coś się wydarzyło.
    — Jo, czy mogłabyś wreszcie odstawić tę szklankę — Evan siedział przy barze z najnowszą gazetą i przeglądał pobieżnie nagłówki w nadziei, iż znajdzie coś w miarę ciekawego.
    — Nie masz własnych zajęć? — Ciemnowłosa prychnęła cicho i postawiła przedmiot na półeczce za własnymi plecami tam, gdzie było jego miejsce.
    — Nie. Dziś mam wolne — wzruszył ramionami i złożył gazetę, po czym położył ją na ladzie. — Nic. Zupełnie nic. Ja nie wiem, czy ludzie na złość nam przestali mordować, kraść i gwałcić? — Przewrócił pokazowo oczami i podparł brodę na dłoniach.
    — Ciszej bądź — syknęła wściekle, rozglądając się nerwowo na boki. — Chcesz żeby ktoś się o nas dowiedział? — Zmroziła go swym spojrzeniem, aż chłopak skulił się lekko w sobie.
    — Daj spokój. Przecież nikogo tu nie ma! — Wskazał całkowicie pustą salę za jego plecami.
    Dziewczyna prychnęła tylko pod nosem i odwróciła się do niego tyłem, sięgając po kolejną szklankę i powracając do przerwanej wcześniej czynności.
    Cóż, musiała mu, chcąc nie chcąc, przyznać rację – ostatnimi czasy ilość podejrzanych zniknięć, morderstw, czy też brutalnych gwałtów zmalała znacznie tak, iż stali się zwyczajnie bezrobotnymi. Przynajmniej w ich mniemaniu… Dziewczyna, podobnie jak i jej kolega miała już tego dość. Dodatkowo ta pustka w barze. Żeby tak nagle gdzieś wybuchła jakaś bomba…
    Dzwoneczek, umieszczony nad drzwiami lokalu nagle zadźwięczał radośnie, oznajmiając przybycie jakiegoś klienta. Francuzeczka uniosła głowę znad szklanki i zlustrowała postać od dołu do góry. Zaczęła od tego, co ją zawsze interesowało najbardziej – buty. Sama nie wiedziała czemu, ale to właśnie ta część garderoby była dla niej najbardziej pociągająca. Wystarczyło, że mężczyzna miał najelegantsze obuwie od Armaniego, a była w stanie oddać całą siebie choćby za sekundę z nim spędzoną. Także i w tym przypadku dziewczyna nie doznała niemiłego rozczarowania. Czarne lakierki z wąskimi noskami, w stylu Michaela Jacksona, sznurowane wąziutką sznuróweczką – coś pięknego! Uśmiechnęła się do siebie i przeniosła spojrzenie nieco wyżej. Idealnie skrojone, czarne, eleganckie spodnie, które bosko opinały uda mężczyzny, skórzany pasek, jedwabna koszula, marynarka, z całą pewnością od Umberto Rosetti (ona je wyczuwa na kilometr, po prostu!) i tajemnicze spojrzenie zielonych oczu.
    — Zakochałam się — spłynęła na ladę i podparła brodę na dłoniach.
    Mężczyzna ruszył na przód, po czym usiadł przy jednym z końców lady, kładąc na niej swoją czarną teczkę, na której ułożył wypielęgnowane dłonie.
    Billy znów przewrócił oczami i prychnął pod nosem. Nachylił się do Josephine i szepnął wprost do jej ucha:
    — Nienawidzę takich elegancików – jakbym widział drugiego Teo!
    — Zamknij się. Teo się do niego nie umywa! — odstawiła szklankę, rzuciła szmatę pod ladę i podeszła pewnie do gościa, uśmiechając się zalotnie. — W czym mogę służyć? — Była bardzo pewna siebie i bezpośrednia, jak przystało na byłą prostytutkę, nic dziwnego, więc, że zwróciła na siebie uwagę mężczyzny.
    Przyjrzał jej się uważnie i uśmiechnął pod nosem.
    — Jestem tu z kimś umówiony — Zdanie to wcale nie zniechęciło Jo. Po pierwsze – facet nie wyglądał, jak gdyby czekał na dziewczynę, po drugie – jego ton miał wydźwięk czysto formalny, dlatego też Francuzeczka usiadła na brzegu blatu i zachichotała cicho.
    — Interesy?
    — Dokładnie — potwierdził krótko i przestał się nią interesować.
    Odwrócił się w stronę wejścia, obserwując uważnie drzwi, co wcale nie spodobało się dziewczynie. Spojrzała na swego przyjaciela i zmarszczyła brwi, gdy ujrzała kpiący uśmieszek na jego ustach. Podeszła do niego pospiesznie, mrużąc wściekle oczy.
    — No co? — uderzyła go w czubek głowy.
    — Nie ta półka, mała — zakpił, rozmasowując obolałe miejsce. Fakt, faktem – dziewczyna potrafiła mocno przyłożyć.

    Mijały kolejne minuty, a mężczyzna wciąż siedział wpatrzony w drzwi. Parker co chwilę spoglądała na zegarek, zastanawiając się kim też może być wspólnik tajemniczego jegomościa, ale odpowiedź nie nadchodziła. Albo ten ktoś się spóźniał, albo mężczyzna lubił być wcześniej na miejscu spotkania.
    — Poproszę Brendy — odezwał się wreszcie.
    Dziewczyna dopiero teraz spostrzegła, że od dłuższego czasu wpatruje się w nią uporczywie. Billy uniósł głowę znad gazety, do której powrócił przed kilkunastoma minutami i uniósł w górę pytająco brwi. Josephine spojrzała na niego ukradkiem, jednakże czym prędzej odwróciła się do baru i sięgnęła po odpowiednią butelkę, przelewając część płynu do szerokiej szklanki. Podeszła z nią do klienta i postawiła przed nim.
    — Spóźnia się? — Ciekawość jednak w niej zwyciężyła.
    — Nie — uciął niezbyt uprzejmie, po czym wypił duszkiem alkohol i znów odwrócił się w stronę wejścia do pubu.
    Brunetka mruknęła pod nosem coś, czego nikt nie byłby w stanie zrozumieć i zabrała pustą szklankę. Przechodząc obok Prince’a wzruszyła tylko ramionami i weszła do zmywalni, gdzie odstawiła szklankę do zmywarki, na której po chwili usiadła, powracając do obserwowania tajemniczego przybysza.
    W tej samej chwili dzwoneczek nad drzwiami znów się odezwał. Do środka wszedł młody chłopak o potarganych, ciemnych włosach. Na ramieniu zawieszony miał stary plecak, a na głowie założoną czapeczkę kapitańską.
    Cat…
    Przekroczywszy próg zatrzymał się na moment i przyjrzał mężczyźnie przy barze, po czym wzruszył ramionami i podszedł do Billy’ego. Usiadł obok niego na wysokim krześle, po czym położył plecak przed sobą.
    — Ruch, jak w czyśćcu po Sądzie Ostatecznym… — Prince jak zwykle musiał się bardzo wysilić, by usłyszeć, co chłopak chce mu przekazać. Uśmiechnął się lekko i pokiwał ze zrozumieniem głową. Cóż, jeśli dobrze zrozumiał Kota to miał on świętą rację – po Sądzie Ostatecznym w czyśćcu zostają już tylko nieliczni…
    Cathaoir skinął głową w stronę elegancika i uniósł pytająco brwi, jednakże kolega tylko pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, że nie ma pojęcia kto to jest. Chłopak westchnął i wychylił się, by zajrzeć na zaplecze, gdzie nadal siedziała Josephine. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego nieznacznie, ale doskonale można było wyczuć napięcie, jakie w niej panowało.

    Dzyń, dzyń…
    Jo poderwała się ze zmywarki.
    — Co ty tu robisz? — zawołała w stronę przystojnego bruneta. — Mówiłam ci, żebyś mi nie przeszkadzał w robocie! — prychnęła wściekle, wychodząc zza lady i podbiegając do mężczyzny.
    — Uspokój się, Jo! — skarcił ją, przykładając jej palec do ust. — Cynthia kazała mi się tu zjawić. — dodał, co wyraźnie uspokoiło dziewczynę.
    Dodatkowo do baru właśnie weszły kolejne osoby. Był to Connor i mała Bella, która kurczowo trzymała się jego dłoni. Oboje przemokli do suchej nitki. Woda kapała z nich na podłogę pubu, tworząc wokół ich stóp brudną kałużę. Dziewczynka kichnęła głośno, na co mężczyzna przy barze uśmiechnął się lekko.
    — Czyli brakuje jeszcze tylko szefowej — odezwał się niespodziewanie, sprawiając, że wszyscy podskoczyli lekko na swych miejscach i spojrzeli w jego stronę.
    Najbardziej zdziwiona tym była Josephine, której od początku coś tu się nie podobało.
    — Jakiej szefowej? — zapytała, obracając się na pięcie i splatając ręce na piersiach.
    — Miałem na myśli Cynthię Hillback – szefową Klubu — jego opanowany, cichy głos niemal wiercił dziurę w ich mózgach. Było to niepokojące i drażniące, jednak nikt, poza Jo nie odważył się odezwać.
    — Nie bardzo wiem o czym pan mówi — prychnęła, mrużąc oczy, niczym kotka.
    — Przede mną nie musisz niczego ukrywać – wszystko o was wiem — zapewnił ją, zakładając nogę na nogę i poprawiając swój drogi krawat.
    — Ależ ja niczego nie ukrywam. Po prostu nie rozumiem o co panu chodzi — Francuzeczka dalej szła w zaparte, robiąc minę zblazowanej nastolatki. Zaczęła nawet przyglądać się własnym paznokciom, udając, że nagle niezwykle zainteresował ją ich kształt.
    — Koniec tych gierek, skarbie…
    — Nie jestem twoim skarbem! — warknęła wściekle, pochylając się w jego stronę, całym swoim ciałem. — Cóż za bezczelność!
    Pozostali Klubowicze przyglądali się temu wszystkiemu z niemym zaciekawieniem. Żadne z nich nigdy nie przerywało tej dziewczynie w takich chwilach. Wiedzieli, że może się to dla nich źle skończyć. Była tylko jedna osoba, która się jej nie bała…
    — Dosyć, Josephine! — Stanowczy głos i nerwowy stukot obcasów o podłogę wyrwał wszystkich z transu i odwrócił uwagę od ciemnowłosej.
    Oto na środku baru stała Cynthia Hillback we własnej osobie i mierzyła swoją podopieczną chłodnym spojrzeniem jasnych oczu. Zdjęła z siebie przemoczony płaszcz i powiesiła na najbliższym krześle, po czym skinęła na Readera, który natychmiast skoczył na zaplecze po klucz. Podbiegł do drzwi, przekręcił klucz w zamku i wywiesił kartkę z napisem „zamknięte”, po czym powrócił na swe miejsce, obejmując lekko małą blondyneczkę.
    — Gerardzie, wybacz mi zachowanie Josephine – jest bardzo oddana sprawie Klubu i broni go za wszelką cenę — podeszła do mężczyzny, wyciągając do niego swą szczupłą dłoń na powitanie.
    — Nic nie szkodzi, Cynthio. Bardzo mi to imponuje — uścisnął jej rękę i uśmiechnął się przyjaźnie. — Utwierdza mnie w przekonaniu, że nikt inny nie wykona mojego zlecenia lepiej niż wasza siódemka.
    Wszyscy zebrani, prócz Cyjanka i jej „gościa” spojrzeli na siebie ze zdziwieniem i poczęli szeptać nerwowo.
    — Jakiego zlecenia? — Pierwszy odezwał się Teo.
    — Widzicie, potrzebuję waszej pomocy w pewnej, nie cierpiącej zwłoki, sprawie — zaczął, wstając ze swojego miejsca i podchodząc bliżej nich. — Zadanie owo wymaga od was niezwykłej koordynacji, sprytu, dyskrecji, a niejednokrotnie nawet okrucieństwa. Musicie coś dla mnie zdobyć… — Uśmiechnął się przebiegle i położył dłoń na jasnej główce Evy, która drgnęła niespokojnie, wtulając się w bok Readera.
    Cat stanął tuż za Josephine i zamruczał jej do ucha. Dziewczyna sięgnął dłonią do tyłu i natrafiła na jego rękę, którą uścisnęła w geście porozumienia. Wiedziała już, że nie jest odosobniona w swoich spostrzeżeniach. Coś w tym mężczyźnie jej się wyraźnie nie podobało. I to coś zaniepokoiło zwierzęcy instynkt Cathaoira. Spojrzała na Billy’ego, a potem na Teo. Na twarzy obu mężczyzn dostrzec można było niepokój i podejrzliwość. Odwróciła się w tył.
    — Decyzja i tak należy do Cyjana — szepnęła, na co Kocur spuścił wzrok i miauknął płaczliwie.
    — A ja decyzję już podjęłam — jej donośny głos otrzeźwił wszystkich. — Zbierajcie się – od jutra czeka nas wiele pracy. — Spojrzała porozumiewawczo na Gerarda, uśmiechając się do niego kącikiem ust na co mężczyzna odpowiedział jej tym samym.
    Uścisnęli sobie pospiesznie dłonie, po czym Connor otworzył na powrót drzwi baru i wypuścił gościa, który w ułamku sekundy wtopił się w tłum ludzi, zmierzających do centrum.
    Klubowicze znów spojrzeli na Cynthię.
    — No co? Jeszcze tu jesteście?




    Szablon wykonała Giwi tylko i wyłącznie dla Klubu. Zdjęcia pochodzą z DA
    Nie tykać!